sobota, 22 lutego 2014

Wprawka trzecia: Ka-ka Ja-ja

Teoria była wspaniała, a i praktyka wydawała się interesująca. Gorliwie zabrałam się do realizacji projektu. Kluczem do sukcesu była różnorodność - tak przynajmniej twierdzili amerykańscy specjaliści (Nie mylić z naukowcami. A może mylić?).

Celem tej kołomyi było ukształtowanie światłych, szerokohoryzontalnych umysłów o silnie rozwiniętych lewych półkulach. Bo naprawdę, jeden bezrobotny nauczyciel polonista na roboczorodzinę wystarczy mi aż w nadmiarze...

Zaczęłam klasycznie od klasyki. Szybko przekonałam się jednak, że przy Bachu w naszym królestwie wybuchają wojny, Beethoven rozpętuje jeszcze gorsze piekło, a Wolfgang Amadeusz M. jest ze wszech miar ignorowany. Trudno, powiedziałam sobie, trudno, królowe nie zostaną matematycznymi geniuszami. Pożegnałam się z wizją mych dorosłych córek, robiących zawrotne kariery w NASA i utrzymujących mnie na starość z dolarowych pensji.

Skoro z tryumfalnej emigracji miało nic nie wyjść, tym większy nacisk położyłam na wychowanie patriotyczne. Przy śniadaniu śpiewałam o siekierach, bimbru szklankach, nalotach i łapankach. Wieczorami nuciłam rodzime chanson de geste o bohaterach, co na stos rzucili swój życia los. Zaś podczas spacerów, pchając pod górkę czołg, zdyszanym głosem pytałam: "Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje jak szczur!". Kurs patriotyczny zaczynał działać. Starsza królowa wertowała książki w poszukiwaniu wizerunków żołnierzy, by po tysiąckroć wskazywać czapki rogatywki, buty oficerki, bagnety i nagrobne wieńce.

Wreszcie, okrężną drogą, przez Bielany, na których karuzela co niedziela i Targówek, gdzie szwagra zięć (ulica Mokra numer pięć) ma swą dorożkę, starą troszkę, stary przy niej koń, dotarłyśmy w okolice Akademii. Ach, Alma Mater, dziecięca Sorbona, Oxford dla krasnali - egzaltowałam się, ekscytowała się, wkładając do magnetofonu kasetę z "Akademią Pana Kleksa". Czyż mogłam przewidzieć, że to będzie początek końca? Oto bowiem pieśń zbójecka wdarła się w serce królowej Wiktorii, wygarniając z komór i przedsionków wszystko, co z takim pietyzmem tam składałam...

Właśnie śpiewałam o tym, jak to siedziałam na słupku na lewym półdupku, a prawy półdupek zwisał mi za słupek. Już, już miałam zakrzyknąć: "Hej! Siup! Zmiana dup!", gdy ubiegł mnie Wikul, skandując: "Ka-ka Ja-ja! Ka-ka Ja-ja! Ka-ka Ja-ja".

Odtąd Ka-ka Ja-ja przerywało nam każdą pieśń i piosneczkę. Każdą. I "Róża czerwono, biało kwitnie bez...", i "Trzech synów matka miała, dwóch słynęło z mądrości...", i "Mamo, nasza mamo, nasza droga mamo, nie bądź na nas taka zła..." Okrzyk "Ka-ka Ja-ja!" rozbrzmiewał najpóźniej przy drugim wersie wykonywanej pieśni. Cóż było robić? Zbrojny opór wobec dwulatka nie ma przecież za grosz sensu... "Dobrze, dobrze. Już śpiewam o Ka-ka Ja-ja" - odpowiadałam i, zatykając sobie nos palcami, intonowałam: "Nad rzeczką, opodal krzaczka, mieszkała Kaczka Dziwaczka. Lecz zamiast trzymać się rzeczki, robiła piesze wycieczki..."


***
Ogłoszenie parafialne

Ten wpis bierze udział w fenomenalnej, wciągającej i uzależniającej zabawie u Fidrygauki. Jeśli tym razem uda mi się zainstalować na blogu sondę (do trzech razy sztuka...), to nawet będzie można na mnie zagłosować!


17 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Wikulek poszedł tropem Inwentaryzacji Krotochwil :*

      Usuń
  2. Olga! Mój mąż a zarazem ojciec moich dzieci uczy ich takich piosenek, że obawiam się o ich dalszy rozwój. Obecnie hitami są weselne przyśpiewki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, dobrze, przynajmniej polski folklor poznają ;)

      Usuń
    2. Moje Drogie, to czego mnie nauczyła na wakacjach jedna znajoma rodziców, maleńka, ruda i chudziutka, gdy liczyłam sobie aż 8 lat, przekracza wszelkie granice. Łaziłyśmy po lasku wdłuż plaż i na całe gardło wrzeszczałyśmy do rytmu zamaszystych kroków obsceniczny wierszyk, a uczucie szczęścia, wręcz euforii pamiętam do dziś.

      Moe, krępuję się cytować, bo to rzecz wymagająca odpowiedniego nastroju. Dasz mi swój e-mail (mój wspakinfo@gmail.com) to Ci napiszę.

      Ta-ta-ta ta ta-ta-tà,
      Ta-ri-ra rira rarà,
      Ta tata, ta ta tata,
      Ta-ri-ra ri ra-ri-rà!

      Usuń
  3. "JA" w aspekcie troski o troski o edukację własnych pociech. Niezłe ujęcie tematu:-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej "ja" w języku wiktoriańskim ;)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. To ja już parzę kawę i lecę po ciastka :)

      Usuń
  5. O jakie ładne! Aż na głos odczytałam rodzinie, wszyscy zachwyceni :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy stokrotnie za dobre słowo, Almetyno :)

      Usuń
  6. U nas pieśni i przyśpiewek uczy babcia. Oczywiście chłopcy zapamiętują te najciekawsze. Choćby właśnie te nieszczęsne półdupki. :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A o pani krasnoludkowej, co to męża wałkiem wałkowała też babcia chłopcom śpiewa? To najulubieńsze piosenki mojego dzieciństwa :)
      Również serdecznie pozdrawiamy!

      Usuń
  7. Moe, gratuluję wygranej...to jak? Puchar tydzień u mnie, tydzień u ciebie :-)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, ja tylko jakąś fotokopię sobie zrobię i zawieszę na ścianie, a oryginał niech bezpiecznie zostanie u Ciebie, bo i tak królowe zaraz by zawłaszczyły puchar ;) Wiktoria uznałaby, że to świetne pudło na Lego, a Ela próbowałaby go zjeść...

      Usuń
    2. To ja nie wiem Moe czy tak bezpieczny...Janek kabelki podłączy i w kosmos wyśle...:-)!

      Usuń
    3. Niech wysyła! Finka w kosmosie! To by wynagrodziło Fidrygauce wszystkie nerwy :)

      Usuń

Ponoć milczenie jest złotem... ale w naszym królestwie preferujemy srebro. I gadulstwo :-)